20. edycja Festiwalu Dni Afryki w Olsztynie za nami. Byliśmy tam i my, ze swoimi bębnami i dobrym wajbem.
Dla większości strefowiczów/ek była to pierwsza w życiu okazja, żeby grać do tańca. Żeby doświadczyć, przeżyć, zwyczajnie przekonać się (tym razem nie tylko na własne uszy, ale i oczy
), w jaki sposób dźwięki wydobywane z takim mozołem na cotygodniowych zajęciach w piwnicy przekładają się na ruch i jak z tym ruchem zaczynają rozmawiać znajdując wspólny język. Tym bardziej, że jeszcze z miesiąc temu bardzo wymagający rytm kuku, którego zagrania się podjęliśmy, nikt z nas nigdy wcześniej nie grał, nie mówiąc już o tempie z jakim powinien być wykonywany, żeby przyjemnie zażarł. A jednak się udało. Początki nie były łatwe, ale ostatecznie daliśmy radę. Dodatkowo dzień wcześniej skończyliśmy nasz strefowy weekendowy plener bębniarski, więc można było oczekiwać, że nasycenie bębnami zaskutkuje w poniedziałek frekwencją co najmniej średnią, a mimo to stawiliśmy się w ok. 20-osobowej ekipie i mogliśmy dać czadu. Dzięki Strefa, że podjęliście rękawicę. CHAPEAU BAS!
Bo jakby nie było, muzyka którą się zajmujemy jest z kompletnie innej bajki niż ta, do której my przywykliśmy, z jaką my się wychowywaliśmy i jaką serwują nam na co dzień w radiu. Do tego robimy to zupełnie amatorsko (zdecydowana większość Strefy, w tym ja, nie ma wykształcenia muzycznego) i w najlepszym razie po kilka godzin w tygodniu. Wierzcie lub nie, ale naprawdę trudno jest w 20 osób, w sali z akustyką hangaru lotniczego, zagrać coś tak, żeby brzmiało jak muzyka, a nie łomot. A tradycyjna muzyka Afryki Zachodniej jest niesamowicie wymagająca fizycznie i ekstremalnie precyzyjna, a do tego ekspresyjna jak mało która na świecie.
Więc oczywiście można się zrzymać na warunki akustyczne tego czy innego miejsca, na karb swojego koloru skóry zrzucać lepszą lub gorszą jakość grania czy konkretnego wykonu, niedomagania dźwiękowe tłumaczyć szerokością geograficzną w jakiej się urodziło lub żyje, ale nie o to chodzi. Sam po takich występach jak to na Dniach Afryki w Olsztynie przekonuję się coraz bardziej, że wyłącznie dochowywanie wierności, fascynującej skądinąd, tradycji muzycznej tamtego rejonu świata nie ma żadnego sensu. Nie będziemy czarni grając na bębnach nawet 24h/dobę. Bo nie musimy. Ale możemy się cieszyć samym faktem, że gdzieś w zupełnie innej części naszego globu powstało i wciąż żywe jest coś, co tak potrafi porywać i cieszyć. Coś co sprawia, że zwykli ludzie wstają z krzeseł i chce im się machać rękami czy nogami.
Tym bardziej, że utwór, który możecie usłyszeć gdzieś w środku filmiku, a do którego swój solowy taniec wykonała Aisha Ndiaye, jest w niektórych krajach świata zakazany i za samo jego wysłuchanie można zostać ukamienowanym. Ludzie robili i wciąż robią sobie takie rzeczy. Zabijają siebie i zabijają własną kulturę. Codziennie, może nawet teraz jak ja to piszę lub Ty to czytasz, ktoś umiera, bo wysłuchał tych paru nut.
I nie chodzi o to, żebyśmy się użalali jak innym jest źle. My mamy wolność, jedzenie, wodę i pokój (jeszcze). I siebie. Więc cieszmy się tym, najlepiej jak potrafimy.
Pozdrowienia dla wszystkich, trzymajcie się ciepło (i razem). Wszystkiego dobrego!







